Program i metoda

Siła pasji, siła zespołu, siła programu

Na Zlocie Stulecia byłam programowcem. Od roku 2000 nie prowadzę zajęć na dużych zlotach, tylko jeżdżę jako kadra zapewniająca warunki działania (transport, logistyka, informacja, dobrostan uczestników). Programem zajmuję się w dwóch drużynach u siebie w szczepie i to jest wyczerpujące zajęcie, na zlotach chcę robić coś odmiennego, co mnie zmotywuje i nakręci. Podziwiam ludzi, którzy są w stanie kilka razy dziennie prowadzić te same zajęcia przez kilka dni z rzędu bez straty na ich jakości, ta cenna umiejętność gdzieś mi się zagubiła…

Co więc spowodowało, że zgłosiłam się do programu zlotu w Gdańsku? Bo jedna Ola z drugą Olą mnie wkręciły? Bo zaproponowana koncepcja pozwoliła mi zaistnieć wraz z mężem? Bo dzielenie się pasją to nie taka ciężka praca jak „zajęcia z konspektu”, prowadzone piętnasty raz w tym tygodniu? Bo kolejno ogłaszane nazwiska członków modułu Cywilizacja obudziły sentyment? Bo kantyna zapowiadała się na miejsce, gdzie będzie warto spędzić każdy wieczór „po robocie”? Zapewne wszystko po trochu.

Nie chcę tu jednak pisać o swoich sentymentach, tylko o przemyśleniach na temat tworzenia programu na dowolną imprezę powyżej szczepu.

Co?

Zaraz ktoś zawoła: „Program to powinno się robić w drużynach, tam się odbywa wychowanie, a nie na festyniarskich imprezach!” albo „Żaden zlot nie zastąpi obozu drużyny!”. „Rok, który nie jest podsumowany obozem, bo drużyna jedzie na zlot, jest rokiem niemal straconym”. Takie rzeczy słyszałam na własne uszy na Wyspie Sobieszewskiej.

A tu zaraz zacznie się sezon na zloty, złazy, rajdy i inne imprezy – hufcowe, chorągwiane czy ogólnopolskie, na które będą zapraszać komendy, które mają się wykazywać inicjatywami programowymi i przygotowywane przez kadrę z odznakami OKP. Ile drużyn nie weźmie w nich udziału, bo do nich nie dotrze informacja, nie wiemy. A ile drużyn je zignoruje, bo nie widzą żadnego zysku programowego z udziału w wydarzeniu, które koliduje z wycieczką drużyny, na której „dzieje się wychowanie”? Bo kadra drużyny czuje, że impreza jest po to, żeby się „pokazać miastu”, albo gorzej – żeby załatać z wpisowego finanse danej komendy. Ja podejmowałam takie odmowne decyzje jako drużynowa, na szczęście nie w ZHP.

Bardzo denerwują mnie imprezy, które nie mają mocnego programu, które się odbywają, „bo tak zawsze robiliśmy”, „bo dobrze jest zacząć rok od rozrywkowego biwaku hufca”, „bo dawno nie było zlotu chorągwi”. Jeśli już mamy poświęcić na coś czas, pracę, środki, jeśli mamy ściągnąć w jakieś miejsce setki dzieciaków, to niech ma to jakiś cel, niech coś z tego wyniknie.

Po co?

Jestem niereformowalnym wyznawcą pomocniczości w harcerstwie, także programowej. Skoro program dzieje się w drużynach, na czym ma polegać wsparcie programowe ze strony komend? Oczywiście na pracy z kadrą drużyn – kształcenie formalne, nieformalne, doradztwo, wymiana doświadczeń, bank pomysłów… Ale czasami jednak komenda organizuje coś dla całych drużyn… Wymaga to oczywiście większego nakładu pracy – znalezienia odpowiedniego miejsca, zgrania terminów, zdobycia większej ilości materiałów i sprzętu. I jeszcze dochodzą wyzwania żywieniowo-sanitarne i jakieś zezwolenia. Czy zawsze warto?

Niestety, nie zawsze – sama na własnej skórze doświadczyłam takich imprez. Zestaw tych samych zajęć przeprowadzonych przez kadrę z łapanki, która dowiaduje się o swoich zadaniach wieczorem przed „wielką grą”. Albo zajęcia z kategorii „bawimy się” – dyskoteka, ślizgawka z płynem do naczyń, gigantyczne piłkarzyki, walka na pistolety na wodę. Uzasadnienie? Rozwój fizyczny lub ćwiczenia z pracy w zespole. Albo zajęcia z technik, które zwykle odbywają się w harcówce lub na obozie. Albo te same co zwykle majsterki.
Moje oczekiwania są odmienne – skoro mam poświęcić weekend i przywieźć dzieciaki, chcę mieć jakąś wartość dodaną. Chcę, żeby program zlotu pomógł mi tam, gdzie sobie nie radzę. Fajna forma dla trudniejszych tematów (może rozwój emocjonalny albo zdrowa dieta?). Jeśli techniki, to od razu z zaliczeniem wymagań na sprawności z tego zakresu. Jeśli gra, to wymagająca od uczestników podejmowania decyzji, zaangażowania całego zespołu i ponoszenia ich konsekwencji.

Dlatego spodobała mi się Cywilizacja – była koncepcja, była wartość dodana, było nieszablonowo. Były takie zajęcia, których nigdzie indziej nie można było doświadczyć – transplantacje, roboty, psy,
e-learning, żonglowanie ogniem, medytacje, życie bez cukru itp. To dawało satysfakcję, motywowało – jestem w ekipie, która robi wartościowy program. Mam nadzieję, że podobnie było w innych modułach zlotowych.

Im bliżej było zlotu, tym bardziej miałam poczucie, że nasz moduł nie powinien się nazywać „Cywilizacja”, tylko „Ludzie z pasją”. To był ten najsilniejszy wspólny mianownik, który definiował niemal 200 osób. Jak na gorąco po zlocie napisała Iwona, było to przedłużenie idei „Sprawności na całe życie”, ale jednak trochę z innym przesłaniem. Tym razem nie chodziło tu o kształtowanie inżynierów, lekarzy czy żołnierzy. Na każdym kroku widać było, że umiejętności planowania, budowania zespołu, tworzenia budżetu, stawiania sobie wyzwań, pokonywania następnych etapów pomagają cieszyć się życiem, w którym jest miejsce na pasję. I że warto jakąś pasję mieć, bo daje motywację, daje pozytywne nastawienie. I daje siłę prowadzenia zajęć piętnasty raz w tym tygodniu…

Z kim?

Dobrze, robimy imprezę, jest koncepcja programu, ale pojawia się kolejna trudność – skąd wziąć ludzi do jej przeprowadzenia. Mamy dobrych instruktorów w hufcach, chorągwiach, ale nie wszyscy są do wykorzystania. Czasami trzeba wybierać, czy utalentowani instruktorzy mają robić program, czy przywieźć na imprezę uczestników. W końcu bez uczestników na zlocie byłoby smutno… Gdzie szukać wolnych rąk do pracy?

Nie powiem, że nie znam tego uczucia z praktyki. Zdarzyło mi się na dwóch kontynentach być awaryjnym szefem zespołu programowego, który z zastanych niezłych koncepcji i braku kadry miał wyczarować coś na poziomie. Była to bardzo stresująca misja, bardzo ryzykowna, bo jednak przydzielone osoby mogły nie mieć potrzebnych umiejętności, bo mogło ich być zdecydowanie za mało albo mogły nie zrozumieć instrukcji i tak w dobrzej wierze pozmieniać zajęcia, że autor by ich nie rozpoznał. Miałam na tych awaryjnych imprezach dużej rangi wiele szczęścia i znalazłam najlepszą kadrę świata, która nie bała się wyzwań i twórczo podchodziła do nadmiaru uczestników lub niespodziewanego zestawu materiałów. Ale mogło być jak na kilku biwakach hufca, po których rozgarnięci uczestnicy pytali: „Ale o co chodziło???”…

Na dwóch ogólnopolskich Zlotach Harcerstwa Polskiego, na których zajmowałam się programem chorągwianym, udało mi się stworzyć zespoły wraz z akademikami z „Diablaka”, niekoniecznie instruktorami. Oni się znali, wiedzieli, gdzie trzeba uważać, żeby unikać konfliktów, dogadywali szczegóły, znajdowali pomocników, dorzucali pomysły, sami organizowali się do życia już podczas zlotu. Wspominam tę współpracę jako dość komfortową – nie znając jeszcze tego pojęcia, miałam program z outsourcingu, nie musiałam angażować instruktorów z hufców, którzy byli zajęci swoimi uczestnikami lub nie było ich na zlocie, bo zajmowali się własną akcją letnią.

Gdańska Cywilizacja była outsourcingiem na wyższym poziomie – rozwiązaniem zadanego problemu cudzymi rękami przy rozsądnych kosztach. Dziewczyny nie tylko znalazły instruktorów, którzy i tak uczestnikami by się nie zajmowali (niskie zaangażowanie własnych zasobów), ale też znalazły fachowców w różnych dziedzinach, którzy w zamian za ofertę obozowania ze swoimi dziećmi, partnerami, przyjaciółmi z dawnych czasów zjechali się z całej Polski (i nie tylko) i cierpliwie realizowali ten program (pozyskanie wiedzy eksperckiej).

Może przed następną większą imprezą warto rozejrzeć się wokół, skąd można wziąć kadrę, która pomimo innej perspektywy zrobi nam taki program, jakiego potrzebujemy? Kadrę z ZHP lub z zewnątrz. Oczywiście oddanie programu „obcym” nie gwarantuje sukcesu, musi być poprzedzone przygotowaniami, rozmową o celach, o profilu uczestników, o kosztach materiału, transportu itp. Ale jak się uniknie raf, to może być bardzo odświeżające, inspirujące doświadczenie.

Po Gdańsku kadra mojego irlandzkiego hufca ma ze mną jeszcze bardziej pod górkę. Jeszcze bardziej dociekliwie pytam co, po co i kim. Jak zaproponowane imprezy programowe przybliżą nas do celu, jakim jest wspieranie pracy wychowawczej w drużynach.

 

PS: Na tegorocznym Jamboree nie będę w programie, tylko w zespole medycznym. 🙂

 

numer:  CZUWAJ 1/2019

Avatar
Anita Regucka-Fleming
harcmistrzyni | z Krakowa, a obecnie w skautingu irlandzkim | najpłodniejsza w historii autorka CZUWAJ

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o