widok lasu z góry
Felietony Pół wieku

Mądry harcmistrz po szkodzie

W mediach, także w harcerskim internecie, ponownie pojawił się temat tragedii w Suszku, w sierpniu 2017 r. Na obozie harcerskim w trakcie burzy, nawałnicy, łamiącej drzewa jak zapałki, zginęły dwie harcerki. Było to straszne wydarzenie, nie tylko koszmar dla rodziców, ale trauma dla instruktorów oraz koleżanek i kolegów obozujących wspólnie w Borach Tucholskich. Opisywały to szczegółowo rozliczne media. Teraz, po prawie trzech latach od tamtych wydarzeń, instruktorzy harcerscy prowadzący ten obóz zostali przez sąd uniewinnieni. Cieszy ten wyrok, bo jest jedyny, jaki mógł zapaść. Jedyny sprawiedliwy.

Nawałnicę tę przeżyłem stosunkowo niedaleko Suszka, na obozie harcerskim na Kaszubach. U nas solidnie padało, mocno wiało. Rano okazało się, że sosna zwaliła się na naszą drogę dojazdową i potrzebna jest pomoc, aby tę przeszkodę usunąć. Przyjechał reporter z telewizji Gdańsk, pytał, jak przeżyliśmy tę burzę, czy rodzice nie chcą zabierać dzieci z obozu. Przeżyliśmy bez stresów, żaden rodzic nie wpadł na pomysł, aby przerwać dziecku harcerskie wakacje. Przecież deszcz nam nie nowina.

Po kilku dniach, gdy dowiedzieliśmy się o przebiegu wydarzeń na pobliskim obozie, na własny użytek dokonałem instruktorskiej analizy. Oto garść moich refleksji.

Niestety nieszczęśliwe wypadki mamy wpisane w ryzyko naszej instruktorskiej służby. Tylko że takie samo ryzyko wpisane jest, gdy przechodzimy przez jezdnię na pasach w dużym czy małym mieście. Podobnie gdy uczestniczymy w wypadku samochodowym, który nie z naszej winy ma miejsce na szosie. Itd., itd. Wypadki i sytuacje zagrażające życiu były i będą. Ale na kolonii zuchowej czy obozie ważne jest, by nasi wychowankowie byli bezpieczni, wszak rodzice powierzają nam swoje dzieci i chcą, aby wróciły do domu nie tylko zadowolone, ale przede wszystkim zdrowe.

Jednak gdy harcerstwo latem wywozi dziś kilkadziesiąt tysięcy dzieci i młodzieży na obozy (a niegdyś były to znacznie większe liczby), statystycznie coś złego musi się gdzieś wydarzyć. Nie będę tu wymieniał znanych i wspominanych w prasie wypadków. Ale w moim hufcu – nie, nie na moim obozie – pijany kierowca zabił instruktorkę idącą zgodnie z przepisami nocą ze swoim harcerzami szosą. Ja przeżyłem „tylko” złamanie przez harcerza kręgosłupa (na szczęście nie został przerwany rdzeń kręgowy), złamanie ręki czy siekierę wbitą w stopę. Za każdym razem zadać musiałem sobie pytanie: – Czy dopilnowałem? Czy zapisałem w instrukcji/regulaminie? Czy z tym regulaminem harcerz się zapoznał przed jego podpisaniem? Czy naprawdę się zapoznał i zrozumiał jego treść? Czy, idąc szosą, przestrzegamy obowiązujących zasad? Czy zwróciłem uwagę? Byłem czujny? Przestrzegałem? Czy mogłem postąpić inaczej? Czy to nie ja naraziłem tego harcerza na niebezpieczeństwo?

I okazuje się, że pomimo tego, że mamy oczy dookoła głowy, nieszczęśliwe wypadki mają miejsce. W Bieszczadach siedemnastolatek przeskakuje przez rów. Inni też. Ale on upada i łamie rękę. Czy na pewno harcerze nie mogą z tego powodu przeskakiwać przez rowy? Czy moją winą jest, że chłopak cierpiał? Rodzice mają pretensje do mnie.

A złamanie kręgosłupa? Harcerz w trakcie gry nocnej na ochotnika wszedł na sosnę, by zobaczyć z góry, gdzie w okolicy rozpalone jest ognisko. Spadł. Nie, nigdzie nie napisałem w regulaminach, aby nie wchodzić nocą na drzewa bez zabezpieczeń. Nie przyszło mi to do głowy, że może mieć miejsce taki wypadek. Nieszczęście ogromne. Na szczęście rodzice – prawnicy – byli wyrozumiali i nie stawałem z tego powodu w sądzie.

A ta siekiera w nodze? Mój podopieczny pracował w pionierkach. Nie był na bosaka (bo przecież reguły posługiwania się ostrymi narzędziami na obozie obowiązywały), potrafił operować bardzo dobrą, ostrą siekierą. Okazało się, że za ostrą. Harcerz był za silny, drzewo zbyt oporne, najpierw cały but pełen krwi, a potem jazda do szpitala. I szycie stopy.

Dzieci są nieobliczalne. Jedno bawi się znalezionym na drodze „wężykiem” (a to jest jadowita mała żmijka), inne zje trujące grzyby, tłumacząc, że mama to takie zbiera i daje na obiad. Pomysły, które powodują, że trzeba je ratować, dzieci mają różne. Niby inne wypadki, ale zagrażające życiu.

Ale jak zachowałbym się, będąc na miejscu komendanta z Suszka? Ja, instruktor noszący ponad pięćdziesiąt lat czerwoną podkładkę pod Krzyżem Harcerskim? Myśmy w sierpniu 2018 roku nie ewakuowali obozu. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ta trąba powietrzna, która zniszczyła obóz w Suszku, mogła pójść w nieco innym kierunku i zaatakować nas. Że ta burza jest tak wyjątkowo groźna. Czy zachowalibyśmy się więc inaczej, lepiej, gdyby to nieszczęście dotknęło tego dnia nas? Czy obronilibyśmy naszych uczestników? Nie wiem. Wiem, co robić, gdy mój harcerz ma atak padaczki, wiem, jak zachować się, gdy mu na głowę spadnie obuch siekiery, wiem, jak chronić dzieci w trakcie kąpieli w jeziorze, jak przestrzegać przepisów przeciwpożarowych (ach, ci nasi harcerze, którzy bardzo chcą, by ogień z ogniska sięgał aż do koron pobliskich drzew). Wiem, jak się ewakuować, gdy pole namiotowe, gdzie biwakujemy, znajdzie się pod wodą. Bardzo dużo wiem, bo to i owo przeczytałem, bo w wielu obozach uczestniczyłem. I wiele pamiętam. Ale aż do tamtego lata nigdy nie ewakuowałem obozu (oczywiście z wyjątkiem tej powodzi). Nie byłem na to przygotowany. Autentycznie.

Z tego, co mogłem przeczytać, instruktorzy w Suszku zachowali się właściwie. Lepiej chyba nie mogli.

Ja na pewno nie zadbałbym lepiej o uczestników obozu. Po Suszku jesteśmy już o wiele mądrzejsi. Autentycznie ćwiczymy alarmy w dzień i w nocy. Nie tylko przy okazji karniaków (to temat na inny felieton). Znamy drogi ewakuacji, oznakowujemy je. Mamy też lepszy państwowy system ostrzegania. (Choć czasem ten system jest nadmiernie czujny – pada zwykły deszcz, a system ostrzega przed nawałnicą z piorunami). Czy musiało dojść do tragedii, abyśmy wszyscy, i ja też, czegoś się w sprawie bezpieczeństwa naszych podopiecznych nauczyli? Chyba tak. Dwie złamane sosny na środku placu apelowego dla konkretnego komendanta obozu byłyby wystarczającą nauczką. Ale dla całej Polski? O Suszku usłyszeliśmy wszyscy. Ta tragiczna nauka już zawsze pozostanie w historii obozownictwa. Dziś wiemy, że huragany, trąby powietrzne, tornada, czy jak tam zwać te anomalie pogody, w Polsce występują. I będą coraz częstsze.

W tym roku, gdybym był na obozie, nie zachowałbym się tak obojętnie, jak trzy lata temu. Bo wypadki na obozach harcerskich, jak w życiu, będą miały miejsce. Ale musimy ich unikać, musimy się starać, aby było ich jak najmniej. Mądry harcmistrz po szkodzie. To ja.

5 2 votes
Article Rating
Adam Czetwertyński
harcmistrz | zastępca redaktora naczelnego CZUWAJ | Hufiec Warszawa-Praga-Południe
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Klaudiusz
2 miesięcy temu

Druhu Adamie. Bardzo Cieszy mnie ten artykuł. Wiele razy spotykam się z pytaniami, czy nasz obóz będzie bezpieczny, czy nie powtórzy się tragedia z Suszka. Zazwyczaj wtedy rośnie mi ciśnienie i w zależności od tego, z kim rozmawiam rozładowuję napięcie, twierdząc uparcie, że na żywioły nie ma rady i, że Ci instruktorzy zrobili WSZYSTKO co należało. Ci wszyscy „fejsbukowi” specjaliści mają godziny, dni, miesiące na analizy, a gdy przychodzi do działania, to mamy kilka sekund na podjęcie decyzji (oby dobrej).
Mam nadzieję, że ten wpis pozwoli innym zrozumieć.
Pozdrawiam serdecznie